Odwrócona perspektywa

Zdjęcie: Daniel J. Schwarz, Unsplash

Ostatnio prowadziliśmy z mężem diecezjalne rekolekcje małżeńskie. Kilkanaście rodzin, wykłady, warsztaty, wspólna adoracja i codzienna Msza święta, dużo trudnych rozmów, nieraz łez, ale też wspólny śmiech i radość, próba odnalezienia właściwego wymiaru różnych spraw. Bardzo cenny czas, także dla nas – prowadzących. Każda para przywiozła swoją własną historię, nieraz skomplikowaną czy wręcz dramatyczną. Jednak to, co łączyło je wszystkie, niezależnie od tego, czy są akurat na fali wznoszącej, czy przeciwnie – czują, że ich związek niebezpiecznie pikuje w dół – to troska o wzajemną relację i poczucie, że warto poświęcić czas i włożyć wysiłek w to, aby ich małżeństwo stawało się lepsze albo coraz lepsze. To, co niezwykle ujęło mnie, zwłaszcza chyba w postawie tych par, które przeżywają teraz trudniejsze chwile, to, że nie poddają się, nie zamykają ze swoimi problemami, nie liczą na to, że miną one same i że „jakoś to będzie”, lecz szukają pomocy, inspiracji, konkretnych pomysłów na dobre zmiany, jednym słowem: walczą wspólnie o swoje małżeństwo właśnie wtedy, kiedy po ludzku nieraz nawet trudno im na siebie patrzeć i najzwyczajniej nie mają ochoty ze sobą rozmawiać. Są to chwile, kiedy bardzo wyraźnie widać nadprzyrodzoną siłę i łaskę płynącą z sakramentu małżeństwa, a także z Eucharystii, Spowiedzi oraz szczerej modlitwy pozwalającej nam budować bliską, przyjacielską relację z Bogiem i stałą świadomość tego, że nie jesteśmy na tej drodze sami, lecz jest nas „Troje do pary” (tytuł znakomitej książki o tematyce małżeńskiej kard. F. Sheena). Czy o tym pamiętamy? „Teoretycznie tak” (jak mawiał niezapomniany „profesor mniemanologii stosowanej” J. T. Stanisławski). W praktyce często postępujemy zupełnie na odwrót. Borykamy się i walczymy z żywiołem małżeńskich problemów o własnych, kruchych i wątłych, siłach i jesteśmy tym tak zmęczeni i przytłoczeni, że nie starcza nam czasu ani siły na modlitwę i sakramenty. Obiecujemy sobie, że jak już wreszcie to wszystko „ogarniemy”, wtedy znajdziemy czas na życie duchowe, na formację. To tak, jakbyśmy, słabnąc z głodu, mówili sobie, że zaczniemy jeść, gdy tylko nabierzemy sił. Gdzie tu logika? Patrząc na niektóre osoby, myślimy: Jak one to robią? Tyle rzeczy na głowie i jeszcze mają czas na Mszę, modlitwę czy formację duchową. A cały sekret tkwi w odwróceniu perspektywy: „Szukajcie wpierw królestwa Bożego, a wszystko inne będzie wam dodane”. Nie bez racji mawia się, że jeśli Bóg jest na pierwszym miejscu, to pozostałe rzeczy są na właściwym miejscu. Warto więc zainwestować w tę najważniejszą i najbardziej życiodajną z relacji, a pozostałe sprawy i relacje też zaczną powoli układać się i porządkować. 

Anna Wardak

Felieton ukazał się w tygodniku „Idziemy”

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

0