Miłość w czasie 

Zdjęcie: Nathan Dumlao, Unsplash

Bierny, mierny, ale wierny – tak z ironią mówi się o kimś, kto pozycję zawodową lub miejsce w strukturach partii zdobył nie dzięki osobistym kompetencjom, lecz swoistej „wierności” polegającej na odpowiednim głosowaniu i niekwestionowaniu poleceń przełożonych. Taką postawę można nazwać lojalnością, uległością, czasem zwykłym wyrachowaniem. Z wiernością jednak nie ma to wiele wspólnego. Prawdziwa wierność nie jest ani mierna, ani bierna. Nie jest mierna – byle jaka, bo jej pokarmem jest żywa miłość. Nie jest też bierna, bo bycie wiernym wymaga niezwykłej aktywności i dynamizmu. J. Diéguez w książce „Wzrastać w wolności” pisze: „Wierność nie ma absolutnie nic wspólnego z inercją! Wierność wymaga wciąż na nowo, w każdej chwili życia podejmowania decyzji”. Nie można jej utożsamiać z trwaniem. Można wytrwać, a nie być wiernym. Nie jest wiernym ten, kto jedynie trwa z rezygnacją ze strachu przed konsekwencjami bądź utratą dobrej opinii – pisze Diéguez – ani ten, kto wierność odczuwa jako kaganiec nałożony własnej wolności, który go uwiera i który zrzuca on przy pierwszej lepszej okazji. Widzimy ludzi, którzy zdradę przysięgi małżeńskiej lub kapłańskiej tłumaczą prawem do realizacji własnej wolności. Jest to jednak ewidentny wyraz zniewolenia nałogiem, namiętnością czy relacją z kimś. „Kiedy jakaś osoba zaczyna sądzić, że w swojej wierności nie czuje się wolna, to tak naprawdę oznacza, że […] przestaje kochać to, co wcześniej kochała”. Mówi się, że wierność to jest miłość w czasie. Wierność „drodze miłości”, którą wybraliśmy przed laty, realizuje się dzień po dniu w konkretnych decyzjach. Poświęcić czas na modlitwę czy wykorzystać go inaczej, zostać gdzieś czy wyjść, przerwać rozmowę, gdy wyraźnie zbliża się do granicy flirtu, czy pozwolić, by nabierała rumieńców. Brak wierności małżeńskiej nie zawsze i nie od razu dotyczy relacji z innymi osobami. To zaczyna się od małych niewierności „wewnętrznych”: od tego, że zaczynamy myśleć źle o mężu czy żonie, nie usuwamy z serca cierni, aby znów zbliżyć się do siebie i na nowo rozpalić naszą miłość. Brak wierności to nie tylko tak spektakularne „wyczyny” jak zdrada czy porzucenie, lecz każde działanie i zaniechanie szkodzące miłości, której mamy być wierni. Gdy pozwalamy, aby miłość gasła, sami sprawiamy, że wierność staje się ciężarem, że coraz więcej nas kosztuje walka z pokusami. Starajmy się wciąż rozpalać naszą miłość, dokładając do ognia setki drobnych patyczków i gałązek, wtedy wierność będzie dla nas czymś radosnym i oczywistym. W trudnych chwilach prośmy o pomoc Maryję, która w całej dynamice niełatwego przecież po ludzku życia, wciąż powtarzała Bogu swoje fiat. Virgo Fidelis, ora pro nobis!

Anna Wardak

Felieton ukazał się w tygodniku “Idziemy”

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

0